Czy to co można kupić sobie za tygodniówkę jest cenniejsze niż sobotnia kawka u mamy? Czy zyski materialne przewyższają koszta emocjonalne jakie ponosimy mieszkając z daleka od najbliższych? 

Postaram się przedstawić blaski i cienie wyjazdu za granicę. Dzisiaj chcę pomówić o plusach.

Otwartość umysłu, wolność wyboru

Gdy myślę o powrocie do Polski to to będzie najważniejsza rzecz, której będzie mi brakować. Tutaj nikt nie zwraca uwagi na faceta idącego w japonkach zimą do supermarketu, czy kobietę zasłoniętą od głowy po kostki kolorowymi szmatami. 

Mnie dużo rzeczy dziwi do dzisiaj, ale może dlatego, że przez 18 lat mieszkałam na wsi bez internetu. No takie były czasy. Mieszkając za granicą nauczyłam się luźniejszego podejścia do życia. Nie gapię się już na ludzi o innym kolorze skóry. Nie obserwuję z zaciekawieniem dwóch facetów idących na spacer. Co więcej! Jeżeli przed wyjściem założę na siebie pierwsze lepsze rzeczy z wieszaka to i tak będę ubrana modniej niż połowa ludzi na ulicy. No, ale kto by się przejmował!

Doceniam wartościowe relacje

Dalej spotkania z własną matką po godzinie doprowadzają mnie do szaleństwa, przez te jej złote rady co powinnam, a czego nie wypada. Bogusia wie, że od ściany się echo odbija, ale swoje musi powiedzieć. Czeka z nadzieją, że wrócimy do kraju. Przyjaciół została tylko garstka choć cenniejsza niż tysiące znajomych na fejsie. 

Samodzielność

Pamiętam jak bardzo przeżywałam swoją pierwszą podróż autobusem, a było to jakieś 160 km. Nie ważne, że miałam 18 lat. Nie każdy rodzi się rozgarnięty. Dzisiaj sobie troszkę śmieszkuję z tamtych czasów. No może trochę bardzo. 

Nie oznacza to, że teraz jestem tak odważna, że spaceruję nocami po Rotterdamie. Nie widzę jednak problemu w zapytaniu o drogę, chociaż wiem że po polsku to my nie będziemy rozmawiać. 

Za granicą załatwianie czasami prostych spraw urasta do rangi wielkiego wyzwania. No bo weź znajdź usługi krawieckie, skorzystaj z porady adwokata, czy ogarnij system transportu publicznego.

Niezależność finansowa

Na koniec sprawa, której nie mogło zabraknąć na takiej liście. Kasa, mamona, kapucha.

Przed wyjazdem mieszkaliśmy w Poznaniu. Jako magistrzy finansów i rachunkowości, kwiat polskiego narodu, eksperci w swojej dziedzinie, przyszłość ludzkości pracowaliśmy w… sklepach, w centrum handlowym, za minimalną. 

Nie płakaliśmy. Niestety pomimo dwóch pensji tylko zepsute auto, lub komputer dzieliły nas od kłopotów finansowych. Co chwila odmawianie sobie czegoś, albo oglądanie złotówki z każdej strony przed zakupem. Zupełnie jakby miała się za chwilę rozmnożyć. 

O kawie na mieście, czy kinie nawet nie wspomnę. Jeśli nasze rodziny chciały nas zobaczyć musiały zrobić zrzutkę na paliwo. Na busa do Holandii też pożyczyliśmy pieniądze. Więc wyobraźcie sobie nasze zdziwienie gdy pierwsza tygodniówka w euro po przeliczeniu okazała się wówczas miesięczną wypłatą naszych rodziców w Polsce. 

Od tamtego momentu zawsze mieliśmy poduszkę finansową i już nigdy nie pożyczaliśmy kasy na życie. Wiadomo, że nie są to myliony monet, ale na wakacje, czy inne zachcianki zawsze starczyło.

Holandia jest fajna do czasu kiedy masz już wszystkie gadżety o których marzyłeś, a może nawet solidne konto oszczędnościowe. Czujesz się już na tyle komfortowo, że zaczynasz dostrzegać, że czegoś brakuje. Zaczynasz widzieć minusy. No, ale jak powiedziałam to temat na inny wpis.