Za siedmioma granicami, za siedmioma postojami była sobie kraina, w której rosły euro-drzewa. Piękne i wysokie, ze stówkami zamiast liści. Nooo, przynajmniej tak myśli moja rodzina, kiedy pyta „NO Kacha! Jak ci tam?”

Chodź! Opowiem ci prawdziwą historię, o pieniądzach spadających z nieba i szybkich karierach. Dowiesz się jak wyglądała moja praca w Holandii.

Prawda bywa bolesna

Nim przyjechałam do Holandii, żyłam w przeświadczeniu, że ciężką pracą buduje się sukcesy. W Holandii ciężką pracą to się można co najwyżej dorobić garba – taka jest prawda! No, ale nie uprzedzajmy faktów i zacznijmy od początku.

Holandia to wielka pakowalnia

Zaraz po przyjeździe w 2012 roku, zapisaliśmy się w kilku agencjach pracy po tutejszemu uitzendbureau. Po dwóch tygodniach oczekiwania – ponieważ luty to martwy miesiąc – odnieśliśmy pierwszy „sukces”.

to ja, za ladą

Pakowalnia papryki i do tego firmowy samochód na start. Bez telefonu, niestety. Chociaż jak się później okazało to telefony były – codziennie od koordynatorki. No, ale dobra myślę sobie „super, w Polsce samochody to rozdają przy naprawdę ważnych stanowiskach”. Już pierwszego dnia okazało się, że firmowa fura to kula u nogi. Wstajesz o świcie, żeby zebrać wszystkich uczestników wycieczki, a do domu wracasz jako ostatni. Czy wspomniałam, że nie dostałam nawigacji? Pierwszy raz autem. Po Holandii. Po autostradach.

Kariera moja była krótka. Nie ze względu na smród zgniłej papryki, tylko praca raz była, raz jej nie było, taka loteria.

Róże na górze, fiołki na dole, pakuj te kwiaty, ja pie….

Następnie była pakowalnia kwiatów. Po kilku miesiącach firma została sprzedana. A ja zostałam na lodzie. Oczywiście biuro pracy miało kilka świetnych pomysłów, jak mnie zatrzymać. Jeden dzień sprzątałam kibelki, innym razem proponowano mi pracę na budowie, a jeszcze innym czekałam 4 godziny na kantynie bo maszyna zepsuta. Też zapewne coś pakująca. Bezpłatnie. Takie szalone czasy były.

W końcu wzięłam sprawy w swoje ręce i znalazłam pracę w polskim sklepie. Było stabilnie ale o tym napiszę kiedyś osobny post.

Trzeba przyznać, że w tamtych czasach było mi ciężko znaleźć dobrze płatną i stabilną posadę. Dlatego następna moja praca była załatwiana po znajomości. Ja wybierałam tej Pani najlepsze pomidorki, a ona wkręciła mnie w świat zbieraczy zamówień.

Ty zamawiasz, a ja dostarczam

W ten oto sposób zostałam orderpikerem. W Holandii ta praca to prawie jak zawód. Są Holendrzy, którzy szczycą się, że wyrośli na zbieraniu zamówień. Dla mnie, to po prostu zawód. Życiowy. W każdym bądź razie w niektórych firmach są nawet kilkuetapowe rozmowy kwalifikacyjne. Ale ja znałam kogoś ważnego.

Jak na tamte lata stawka była bardzo wysoka, szkoda tylko, że praca była nie rozwojowa. Na takich magazynach zawsze wyznacznikiem produktywności jest norma. Oczywiście wyśrubowana tak, abyś dobrze się spocił i stracił resztki godności biegając dookoła półek. Czy było warto zawsze pracować ponad normę? Nie było warto. Chociaż zawsze znalazł się ktoś kto tego dokonywał aby w nagrodę usłyszeć o przełożonego „good job!”.

Po co mi to było?

Czego nauczyłam się przez te kilka lat? Niczego. Popełniałam dokładnie te same błędy, jeszcze w dwóch podobnych firmach.

Dzisiaj wiem, że trzeba szukać i jeszcze raz szukać. Nie czekać, aż ta idealna praca znajdzie się sama. Moja rada – to inwestować w siebie bo tylko taka inwestycja się zwróci. Ale o tym jeszcze na pewno nie raz na blogu.